¦wiadom do pewnego stopnia, jak widaæ z jego tekstu, dziwno¶ci swojego podej¶cia do rzeczy, p. Salwowski próbuje siê usprawiedliwiæ, podkre¶laj±c trzymanie siê jednej z tradycyjnych zasad chrze¶cijañskich, a mianowicie zaufania do Ko¶cio³a. Jak powiada: nie wszystkie z potêpionych przez magisterium ko¶cielne doktryn musimy znaæ szczegó³owo, by wiedzieæ, ¿e s± one z³e i przewrotne. Na dowód, ¿e wiele z takich doktryn znamy jedynie w sposób po¶redni (z orzeczeñ Magisterium w³a¶nie), podaje przyk³ad modernizmu, znanego, jak przypuszcza, wiêkszo¶ci jego (tradycjonalistycznych) krytyków jedynie z encykliki ¶w. Piusa X Pascendi Dominici gregis. Przy okazji informuje, z niejak± dum±, ¿e nigdy nie mia³ w rêku wielu zgubnych dzie³ autorów takich jak markiz de Sade, Nietzsche (w ortografii p. Salwowskiego – „Nietsche”), Hitler czy Marks.
Kuriozalne i „piêtrowe” nieporozumienie, zawarte w tych autodeklaracjach, przywodzi mi na my¶l przypadek wskazany przez Vilfreda Pareta w zwi±zku z jego definicj± elity – socjologiczn±, a nie aksjologiczn± czy etyczn±. Otó¿, definiuj±c elitê jako klasê ludzi, którzy w swojej dziedzinie dzia³ania – niezale¿nie od moralnej oceny ich profesji – osi±gaj± najwy¿sze mo¿liwe wyniki, które mo¿na zmierzyæ na tabeli wska¼ników, na przyk³ad od 0 do 10 punktów, Pareto podaje kontrprzyk³ad cz³owieka, który – brany pod uwagê w „klasie z³odziei” – nie kradnie nie dlatego, ¿e nie potrafi³by, ale dlatego, ¿e jest d¿entelmenem. I odpowiada: „Doskonale, udzielamy mu za to pochwa³y, lecz przyznajemy mu 0 jako z³odziejowi”. Dok³adnie tak samo jest w³a¶nie z p. Salwowskim. Chêtnie udzielimy mu pochwa³y za pobo¿no¶æ i pos³uszeñstwo wzglêdem Magisterium, musimy atoli powiedzieæ, ¿e „wybitnym z³odziejem” – czyli, w tym wypadku, interpretatorem doktryn politycznych – to on nie jest.
Przede wszystkim, miesza on albo w ogóle nie dostrzega ró¿nicy pomiêdzy dwiema zupe³nie odmiennymi sytuacjami. Pos³uszne przyjêcie orzeczeñ Ko¶cio³a do wiadomo¶ci, bez w³asnego badania, jest postaw± w³a¶ciw± i zupe³nie wystarczaj±c± zarazem w sytuacji tych spo¶ród „ludu Bo¿ego”, którzy po prostu s³uchaj±. Co innego jednak, kiedy ten lub ów spo¶ród wiernych przyjmuje aktywn± rolê publicysty. Wówczas bierze on na siebie obowi±zek przeprowadzenia osobistego krytycznego badania przedmiotu, a w razie pope³nienia b³êdów nie ma prawa zas³aniaæ siê autorytetem Ko¶cio³a nauczaj±cego. Ustalili¶my ju¿, ¿e nie wymagam od p. Salwowskiego takiej kwerendy, jak± zobowi±zany by³by przeprowadziæ naukowiec. Niemniej, nawet autor zwyk³ego artyku³u prasowego, je¶li podj±³ siê pisania – i pryncypialnego krytykowania! – jakiego¶ my¶liciela, zobowi±zany jest poznaæ przynajmniej jaki¶ porz±dny, reprezentatywny ekscerpt z jego dzie³. A tak¿e przeprowadziæ weryfikacjê lub falsyfikacjê twierdzeñ zas³yszanych czy nawet przeczytanych w bardzo po¶rednich ¼ród³ach, którym nie powinien ufaæ bezgranicznie. Na marginesie dodam, ¿e przynajmniej jednego z autorów, którego brakiem lektury p. Salwowski siê szczyci, tj. Nietzschego, warto czytaæ, i to uwa¿nie, nawet je¶li nie jest siê do tego zobowi±zanym zawodowo. Trzeba tylko ¶mia³o przedrzeæ siê przez powierzchown± warstwê antychrze¶cijañskich odzywek, co dla chrze¶cijanina uzbrojonego w orê¿ mocnej wiary nie powinno byæ takie trudne. W gruncie rzeczy bowiem Nietzsche jest „niebezpieczny” tylko dla chrze¶cijañstwa „zmieszczania³ego”, letniego i obarczonego przes±dami nowoczesno¶ci, czyli takiego, którym – jak s±dzê – brzydzi siê równie¿ „nasz Savonarola”.
Lecz p. Salwowski zapomina o rzeczy jeszcze wa¿niejszej. Aby szczerze powo³ywaæ siê na zasadê zaufania do Ko¶cio³a, trzeba byæ o Jego orzeczeniach dobrze i wiarygodnie poinformowanym; w tym wypadku bezwzglêdnie ju¿ z „pierwszej rêki”. W³a¶nie dlatego argument o modernizmie jest nietrafiony. Owszem, je¶li nie jest siê specjalist± w tej dziedzinie, mo¿na nie znaæ dzie³ Loisy’ego, Tyrrella czy Buonaiottiego, jednak w
Pascendi zawarty zosta³ obszerny i syntetyczny opis ca³ego tego nurtu, a powody, dla których zosta³ on potêpiony, zosta³y jasno wy³o¿one. Dok³adnie tak samo wiemy,
dlaczego i
za co zosta³y w swoim czasie potêpione luteranizm, komunizm czy hitleryzm; wystarczy zajrzeæ do dokumentów Soboru Trydenckiego albo encyklik
Divini Redemptoris czy
Mit brennender Sorge. Tymczasem, przypadek AF jest nie tylko zupe³nie inny, ale wrêcz stanowi ewenement w historii Ko¶cio³a. Nigdy bowiem ani przedtem, ani potem, nie zdarzy³o siê, ¿eby na jaki¶ ruch – tym bardziej nie zewn±trz-, lecz wewn±trzkatolicki
1 – spad³y potêpieñcze sankcje, bez wyra¼nego wskazania przez Urz±d Nauczycielski powodów, dla których to uczyniono, tzn. bez wskazania b³êdów doktrynalnych, jakich ruch ten i jego kierownicy mieliby siê dopu¶ciæ. Tak¿e bez zwyczajowych w takich wypadkach procedur, a przede wszystkim dania oskar¿onym mo¿liwo¶ci wyt³umaczenia siê lub odwo³ania dowiedzionych im b³êdów – któr± to okoliczno¶æ p. Salwowski konsekwentnie ignoruje.
Nie przypadkiem u¿y³em przed chwil± sformu³owania: „spad³y potêpieñcze sankcje”, a nie po prostu, ¿e AF i jej doktryna „zosta³y potêpione”. Rzecz bowiem w tym, ¿e nie ma takiego dokumentu magisterialnego, który by jasno wskazywa³ i potêpia³ b³êdy AF, tak jak to czyni³ w odniesieniu do, na przyk³ad, ruchu Sillon list Notre charge apostolique czy w odniesieniu do masonerii chocia¿by encyklika Humanum genus. Je¶li p. Salwowski wska¿e mi taki dokument, to gotów jestem ufundowaæ mu prywatnie stosown± nagrodê. Wprawdzie jeszcze najczcigodniejszy z obroñców Maurrasa, ¶w. Pius X, mówi³, ¿e ma w biurku wszystko, co trzeba (czyli zapewne doktrynalne uzasadnienie), aby potêpiæ AF, ale nigdy tego nie upubliczniono. Tak¿e w 1926 roku nie wyci±gniêto tych dokumentów, publikuj±c jedynie sam dekret ¦w. Officjum o kondemnacji oraz wykaz sankcji. Dlaczego? Bez choæby próby odpowiedzi na to pytanie, zapewnienia o kierowaniu siê zaufaniem do nauki katolickiej s± nic niewarte. Nie chodzi tu przecie¿ o ¿adne prawdy wiary, konieczne do zbawienia, do których trzeba przylgn±æ sercem i rozumem, nawet je¶li nie s± dla umys³u ludzkiego w pe³ni do pojêcia, lecz o pozbawion± uzasadnienia decyzjê administracyjn±. Takie „zaufanie” to nie zdrowa postawa katolicka ani nawet „skrajny ultramontanizm”, lecz pospolity, bezmy¶lny klerykalizm. Inna rzecz, ¿e ten brak uzasadnienia merytorycznego okaza³ siê zbawienny trzyna¶cie lat pó¼niej, bo wtedy równie¿ wystarczy³o zwyk³e zdjêcie kar, te¿ bez uzasadnienia, a obie strony (i Watykan, i AF) mog³y wyj¶æ „z twarz±” z tej nieszczêsnej afery.
Bez przyjêcia do wiadomo¶ci tego elementarnego faktu, czyli – powiedzmy jasno: wyj±tkowego merytorycznego niechlujstwa kondemnacji z 1926 roku i niespotykanego po¶piechu z jakim to czyniono, co jest jeszcze jedn± przes³ank± za politycznymi motywami dzia³ania – niczego z historii AF nie mo¿na zrozumieæ. Niestety, p. Salwowski, zadufany w swoje „zaufanie”, zrozumieæ niczego nie chce. Dowodem tego jest uporczywe powtarzanie tych samych b³êdów. Na przyk³ad, kiedy napisa³ poprzednio, ¿e wszystkie numery dziennika „L’Action Française” z lat 1926-39 te¿ zosta³y potêpione dekretem z 1926 r., pomin±³em to lito¶ciwie milczeniem, bo uzna³em, ¿e autorowi tak „siê napisa³o” z rozpêdu czy nieuwagi. Ale skoro powtarza to znowu, trzeba powiedzieæ, ¿e ten absurd jest (oczywi¶cie bezwiednym, lecz potwornym w konsekwencjach) oskar¿eniem Stolicy Apostolskiej o kapry¶n± tyraniê, godn± jakiego¶ azjatyckiego despoty. Znaczy³oby to przecie¿, ¿e a priori potêpiono co¶, co jeszcze nie zosta³o napisane! Na domiar, autorzy dekretu musieliby w 1926 roku dysponowaæ profetyczn± wiedz±, ¿e „herezje” na ³amach dziennika bêd± go¶ci³y dok³adnie trzyna¶cie lat! A gdyby tak ¿mudne negocjacje pojednawcze, które trwa³y od oko³o 1931 roku, jeszcze siê przewlek³y i sankcje zdjêto by dopiero, na przyk³ad, w 1949 roku, albo – zwa¿ywszy wybuch wojny – w ogóle sprawa zosta³aby od³o¿ona ad acta, to co: numery po 1939 roku by³yby ju¿ wolne od potêpienia? Oczywi¶cie, by³o zupe³nie inaczej: w 1926 roku dziennika nie „potêpiono” na zapas, tylko „profilaktycznie” zakazano katolikom jego czytania, rzecz jasna, nie precyzuj±c wtedy, do kiedy ów zakaz bêdzie obowi±zywa³. To za¶ z kolei, ¿e zdejmuj±c kary ko¶cielne w 1939 roku nic nie wspomniano o numerach dziennika z ubieg³ych trzynastu lat, wystarczy wyt³umaczyæ w kategoriach zdroworozs±dkowych: przecie¿ nikt normalny – poza historykami badaj±cymi dane zjawisko – nie czyta gazet codziennych sprzed piêciu, dziesiêciu czy trzynastu lat. Inne regu³y panowa³y jedynie w pañstwie Anglosocu w Orwellowskim 1984, gdzie specjalnie do tego wyznaczeni urzêdnicy nie tylko czytali, ale i „poprawiali” wydania gazet sprzed lat; nie podejrzewam jednak p. Salwowskiego, by sugerowa³ podobne zamiary kurialistom rzymskim.
Nieco inaczej z kolei rzeczy siê maj± z wpisanymi na Indeks ksi±¿kami Maurrasa. Faktycznie, w 1939 roku nie cofniêto potêpienia tych dzie³, co nie znaczy jednak, by wnioski wyprowadzane z tego przez p. Salwowskiego by³y trafne. Te ksi±¿ki Maurrasa bowiem (przynajmniej cztery z nich) naprawdê zas³ugiwa³y na potêpienie, bo by³y antychrze¶cijañskie, co w Rzymie stwierdzono ju¿ (bez podania do wiadomo¶ci publicznej) w 1914 roku, jeszcze za pontyfikatu Piusa X. Rzecz jednak w tym, ¿e w ksi±¿kach tych nie by³o ¿adnej „doktryny” – ani AF, bo ta jeszcze nie istnia³a, ani w ogóle „doktryny”, bo by³y to dzie³a literackie. Trzeba albo z³ej woli, albo ignorancji, ¿eby w „bajkach filozoficznych” lub w dywagacjach o „kochankach z Wenecji” (George Sand i de Musset) m³odego literata dopatrywaæ siê jakiej¶ „doktryny” – zw³aszcza politycznej. Poza tym, pogl±dy Maurrasa w materii religijnej ewoluowa³y i z pewno¶ci± w 1926 roku nie my¶la³ tak, jak wówczas, kiedy – tu¿ po kryzysie wiary – my¶la³ pisz±c Chemin de Paradis. Wszystko to, ³±cznie ze stwierdzeniem, ¿e doktryna polityczna AF i ca³okszta³t autorskiej twórczo¶ci Maurrasa przez ponad pó³ wieku to nie jest jedno i to samo, stara³em siê uzmys³owiæ p. Salwowskiemu w poprzedniej polemice. Niestety, jest on zupe³nie impregnowany na argumenty rzeczowe. Tak zatem, fakt, ¿e dzie³a te nie zosta³y zdjête z Indeksu jest zupe³nie zrozumia³y, tylko ¿e nie pozostaje on w ¿adnym zwi±zku ze spraw± AF. Dlatego te¿ ani Maurras, ani AF, nie domaga³y siê „rehabilitacji” tych ksi±¿ek. Sam Maurras nie chcia³ ich „rehabilitowaæ”, skoro ich nie wznawia³. Dodam jeszcze, ¿e na Indeksie znalaz³y siê te¿ – z powodów moralno-obyczajowych – niektóre powie¶ci „osoby nr 2” w AF, Léona Daudeta. P. Salwowski najwyra¼niej o tym nie wie, a szkoda, bo to przecie¿ sfera jego szczególniejszych zainteresowañ. Naturalnie, owych bulwersuj±cych powie¶ci Daudeta te¿ nie zdjêto z Indeksu. Czy¿by nale¿a³o z tego wyci±gn±æ wniosek, ¿e elementem „doktryny politycznej” AF by³o szerzenie pornografii?
Osobliwo¶ci „metody hermeneutycznej” p. Salwowskiego najjaskrawiej wychodz± na jaw w przytoczonym przez niego (zreszt± za mn±) – na dowód rzekomego przyznania siê AF do doktrynalnych „b³êdów”, jako koniecznego warunku zdjêcia kar ko¶cielnych – i wyt³uszczonym fragmencie deklaracji z 1939 roku. Sposób jego odczytania przez p. Salwowskiego ¶wiadczy, ¿e ma on trudno¶ci z tzw. czytaniem ze zrozumieniem. Gdyby ów cytat mia³ stanowiæ dowód „przyznania siê do b³êdu”, to jak wyt³umaczyæ fakt, ¿e stanowi on o wiele s³absz± wersjê deklaracji, któr± kierownicy AF z³o¿yli trzyna¶cie lat wcze¶niej (jeszcze przed potêpieniem z grudnia 1926, we wrze¶niu tego¿ roku, kiedy nad AF zbiera³y siê ju¿ czarne chmury po wypowiedzi kard. Andrieu), która brzmia³a tak: Z pewno¶ci± nie jeste¶my bez winy. Na rozleg³ym polu dzia³ania kilku z nas mog³o pope³niæ kilka b³êdów, u¿yæ kilku nie¶cis³ych okre¶leñ, pomyliæ siê w kilku szczegó³ach. Przy okazji za¶ zadeklarowali gotowo¶æ podpisania w ka¿dej chwili przed³o¿onego im wyznania wiary. A zatem to, co by³o niewystarczaj±ce w 1926 roku, by³oby wystarczaj±ce trzyna¶cie lat pó¼niej? Wolne ¿arty. Naprawdê, w 1939 roku liderzy AF przeprosili papie¿a za polemiki, które prowadzili po potêpieniu, zobowi±zali siê ograniczaæ swoj± dzia³alno¶æ do sfery politycznej (co zreszt± te¿ ju¿ deklarowali w 1926 roku) oraz zawarli zwyczajow± formu³ê o odwo³aniu tego, co mog³o byæ (w oryginale: ont pu, a wiêc w trybie warunkowym!) b³êdne w ich dzie³ach. Koniec koñców, ten wynegocjowany w 1939 roku sposób rozwi±zania „sprawy” AF by³ rzeczywi¶cie zgodny z g³êbok± m±dro¶ci± Ko¶cio³a: pozwala³ unikn±æ k³opotliwego dla autorytetu eklezjalnego przyznania siê do braku merytorycznych podstaw potêpienia, a jednocze¶nie wi±za³ niew±tpliwie do¶æ krn±brny gatunek owieczek silniejszym wêz³em pos³uszeñstwa, lecz bez ich upokarzania. W sensie formalnym za¶ rzeczywi¶cie nie by³o „rehabilitacji” AF, w takim znaczeniu, w jakim konieczna by³a rehabilitacja Joanny d’Arc, skazanej przecie¿ pod zarzutem herezji. „Rehabilitacja” dokona³a siê milcz±co i de facto, bo nie by³o formalnego oskar¿enia o herezjê i legalnego procesu. Ot, i wszystko.
***
Nie chcia³bym ju¿ zanudzaæ Czytelników drobiazgowym odpieraniem wszystkich wysuwanych przez p. Salwowskiego pretensji pod adresem Maurrasa i AF, a jest ich wiele. Dlatego mo¿liwie zwiê¼le o g³ównych z nich.
Naprzód, w sprawie demokracji. Zdaniem p. Salwowskiego, „negatywna absolutyzacja” ustroju demokratycznego przez Maurrasa jest niezgodna z nauk± spo³eczn± Ko¶cio³a, który dopuszcza tê formê. W³a¶nie: „dopuszcza”, a i to nie bezwarunkowo. P. Salwowski zdaje siê nie rozumieæ jednej rzeczy: czym innym jest rozwa¿anie w filozofii b±d¼ teologii politycznej mo¿liwych do akceptowania form ustrojowych, a czym innym stosunek do danego ustroju na p³aszczy¼nie konkretno-egzystencjalnej. Maurras nie uprawia³ ani metafizyki polityki, ani teologii politycznej, lecz „fizykê polityczn±”. Kieruj±c siê wypracowan± przez siebie metod± „empiryzmu organizacyjnego”, dochodzi³ do potwierdzanej tysiêcznymi dowodami konkluzji, ¿e demokracja realna (i republika realna) jest zgub± dla Francji. Czy jest to pogl±d s³uszny, mo¿na siê zgadzaæ lub nie, ale na pewno nie pretenduje on do rangi twierdzenia metafizycznego lub teologicznego. Czy demokracja i republika (we Francji, raz jeszcze podkre¶lmy, nie in abstracto) jest zgubna tak¿e dla religii katolickiej i Ko¶cio³a? P. Salwowski daje do zrozumienia, ¿e co najmniej dwaj papie¿e: Leon XIII i Pius XI nie podzielali tego pogl±du, skoro doradzali katolikom ralliement do republiki. Z czym jednak mamy wówczas do czynienia: czy ze sporem doktrynalnym, w którym jedno stanowisko jest teologicznym b³êdem, a drugie prawd±? Oczywi¶cie, nie. To spór polityczny (i to z dziedziny fizyki, a nie filozofii politycznej), czyli rozstrzygalny na p³aszczy¼nie empirycznej. Kto mia³ racjê: Leon XIII i Pius XI czy Maurras (i... ¶w. Pius X)? Jeste¶my w tym szczê¶liwym po³o¿eniu, ¿e odpowied¼ znamy, bo znamy historiê. Czym odwdziêczy³a siê katolikom demokratyczna republika za ralliement Leona XIII? – Separacj± Ko¶cio³a od pañstwa, wyrzuceniem religii z ka¿dego skrawka ¿ycia publicznego, denuncjatorskimi „fiszkami” dla oficerów-katolików w armii. Co da³o potêpienie AF i ralliement Piusa XI? – Zdominowanie katolicyzmu francuskiego przez chadeków broni±cych czerwonej Republiki Hiszpañskiej, rozstrzeliwuj±cej tysi±cami ksiê¿y, i „personalistów” z „Esprit”, stawiaj±cych moralnie wy¿ej stalinizm od kapitalizmu. A na marginesie – radzi³bym p. Salwowskiemu przemy¶leæ nastêpuj±c± kwestiê: czy wskazywany przez niego ci±g³y przyrost ¿yczliwo¶ci XX-wiecznych papie¿y do demokracji jest wci±¿ jedynie kontynuacj± klasycznych, tomistycznych dystynkcji, pod³ug których rozwa¿a siê i odró¿nia starannie istotowe i akcydentalne sk³adniki formy politycznej, czy te¿ raczej kapitulacj± wobec niechrze¶cijañskiej z natury demokracji realnej, zbudowanej w ¶wiadomej opozycji nie tylko wobec chrze¶cijañstwa, ale ca³ej tradycji klasycznej w my¶leniu o polityce, dla której kategoriami nadrzêdnymi s± ³ad i dobro wspólne, a nie prawa cz³owieka czy wolno¶æ jednostki?
Rad jestem, ¿e chocia¿ czê¶ciowo („nie¶mia³o” w jego nomenklaturze) p. Salwowski wycofa³ siê z przypisywania Maurrasowi „rasizmu”. Brnie jednak dalej w podtrzymywanie zak³amanej do cna mitologii „sprawy Dreyfusa”. Pisa³em o tym obszernie w ha¶le encyklopedycznym w Encyklopedii „Bia³ych Plam” (t. V, Radom 2001, s. 122-129), wiêc bardzo krótko. Czy Dreyfus by³ winien czy niewinien, tego ju¿ nigdy siê nie dowiemy, bo S±d Kasacyjny, który go w 1906 roku ostatecznie uniewinni³, nakaza³ zniszczenie ca³ej dokumentacji. Nie o to jednak w ca³ej „sprawie” chodzi³o. Gdy Dreyfusa skazano, nikt nie kwestionowa³ jego winy. Sprawa sta³a siê kontrowersyjna, gdy p³k Picquart – zreszt± antysemita i katolik – nabra³ w±tpliwo¶ci i doprowadzi³ do rewizji procesu. Wówczas jednak okaza³o siê, ¿e nikomu – poza nielicznymi jednostkami – nie chodzi³o o ustalenie jednostkowej prawdy materialnej. Francja podzieli³a siê natomiast na dwa obozy: dreyfusardzi uznali, ¿e jest to doskona³a okazja, aby „dokopaæ” reakcji, czyli armii i Ko¶cio³owi; antydreyfusardami stali siê wiêc (nieomal) wszyscy, którzy armii i Ko¶cio³a bronili. Jednak p. Salwowski, jak zwykle, wszystko pl±cze, bo to nie AF podjê³a kampaniê przeciwko Dreyfusowi (¶ci¶lej: przeciwko rewizji procesu), tylko powstanie AF by³o skutkiem sukcesu kampanii dreyfusardów za rewizj±. Co siê za¶ tyczy sformu³owania: wszystkimi ¶rodkami (tous le moyens) – bezpodstawnie kojarzonego przez p. Salwowskiego z zasad± „cel u¶wiêca ¶rodki” (sk±din±d przypisywan± jezuitom) – to jak je rozumia³ Maurras wyja¶niam, dokumentuj±c to cytatami, w ksi±¿ce Umieraæ, ale powoli! (Kraków 2002, 2006[2], s. 646 i 704, przypis 607). Do ¼róde³, panie Salwowski, do ¼róde³, a nie spekulowaæ!
Muszê przyznaæ, ¿e dyskutowanie z ostatnim akapitem odpowiedzi p. Salwowskiego, w którym odwo³uje siê on tyle¿ bez³adnie, co wybiórczo, do pewnych okoliczno¶ci zwi±zanych z tzw. re¿imem Vichy we Francji oraz rumuñsk± ¯elazn± Gwardi±, jest niemo¿liwe w granicach elementarnej racjonalno¶ci dyskursu. Ca³y ten fragment to jaki¶ emocjonalny be³kot deliryka, spe³niaj±cy mo¿e kryteria drukowalno¶ci w „Gazecie Wyborczej” albo „Nigdy Wiêcej”, ale nie szanuj±cego siê pisma, jak „Opcja na Prawo”. Zrozumia³em z niego tyle, ¿e p. Salwowski ma mi za z³e to, ¿e nie lubiê w³oskich faszystów. Dziêkujê, bardzo mi przyjemnie. Poza tym, nale¿a³oby w³a¶ciwie wzruszyæ tylko ramionami i zapytaæ: „gdzie Rzym, a gdzie Krym”? Có¿ do doktryny AF i jej relacji z Ko¶cio³em ma nadgorliwo¶æ w wy³apywaniu ¯ydów przez niektórych urzêdników pañstwa francuskiego, które by³o stopem wielu nurtów ideowo-politycznych, a nie jak±¶ prost± aplikacj± zasad AF? Która rzeczywi¶cie popiera³a rz±d marsza³ka Petaina, bo to by³ wówczas jedyny legalny rz±d francuski. Zreszt±, kto ciekaw szczegó³ów na temat stosunku Maurrasa i AF do Vichy, do kolaboracji i do ¯ydów, temu polecam odpowiednie fragmenty mojej, wspomnianej wy¿ej, ksi±¿ki (s. 536-549). A dlaczego Maurras mia³by odpowiadaæ za anty¿ydowskie wybryki w Rumunii czasu wojny, to ju¿ zupe³nie nie do pojêcia. No bo trudno powa¿nie potraktowaæ argument, ¿e za³o¿yciel ¯elaznej Gwardii – Corneliu Codreanu, zreszt± w czasie wojny ju¿ nie¿yj±cy, czyta³ i ceni³ Maurrasa. Tak rozumuj±c mo¿na by nawet uczyniæ ¶w. Jana odpowiedzialnym za powstanie wolnomularstwa, jako ¿e masoni u¿ywaj± ewangelii jego imienia do swoich rytua³ów. Doradza³bym zreszt± chocia¿ trochê umiaru w szafowaniu epitetami, w rodzaju: „dzika banda sfanatyzowanych i krwio¿erczych heretyków” (je¶li ju¿, to chyba „schizmatyków”?). Podczas wojny ruch stworzony przez Codreanu rzeczywi¶cie uleg³ degeneracji i dopuszcza³ siê rzeczy haniebnych, ale nie powinno siê tego rozpatrywaæ bez uwzglêdnienia poprzedzaj±cego te wydarzenia kontekstu, do którego nale¿y ci±g brutalnych represji wobec legionistów, w tym bestialskiego zamordowania samego za³o¿yciela Legionu Micha³a Archanio³a.
Nawiasem mówi±c i ca³y ów wywód, i poprzedzaj±ce go bardzo jednostronne skupienie siê p. Salwowskiego na problematyce ¿ydowskiej, ujmowane z wybitnie „judeofilskiego” punktu widzenia – dok³adnie wed³ug „politycznie poprawnego” dzi¶ ujêcia – sk³ania mnie do pewnej refleksji natury, nazwijmy to, historycznej. Jeszcze kilka lat temu teksty sygnowane imieniem i nazwiskiem „Miros³aw Salwowski” spotyka³em na ³amach pisma „Szczerbiec”. Jak wiadomo, jednym z tematów wiod±cych w tym periodyku by³a kwestia istnienia komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych, podejmowana z du¿± werw± i zaanga¿owaniem z pozycji nazywanych „negacjonistycznymi”. Dzisiaj natomiast p. Salwowski wszêdzie widzi i zwalcza „antysemitów”. Podobn± przemianê dostrzec mo¿na tak¿e w innej sferze – kwestii religijno-eklezjalnych. Kiedy¶ publikowa³ w (tym samym) pi¶mie, które bardzo jednoznacznie uwa¿a sedewakantyzm za jedynie dzi¶ konsekwentne stanowisko katolika wiernego Tradycji. Obecnie p. Salwowski co i rusz obnosi siê ze swoim gorliwym „wojtylianizmem” i robi jakie¶ z³o¶liwe przytyki nawet do „lefebvrystów”. Nie oceniam tu ¿adnego z tych pogl±dów. Rozumiem, ¿e cz³owiek mo¿e pewne kwestie przemy¶leæ i zmieniæ gruntownie przekonania. Jednak takie rzucanie siê „od ¶ciany do ¶ciany”, nastraja mnie co najmniej nieufnie. Trudno mi oprzeæ siê podejrzeniu, ¿e mamy wówczas do czynienia z jakim¶ powa¿nym rozchwianiem osobowo¶ci.
***
Wypada mi jeszcze odnie¶æ siê do kwestii osobistych, zajmuj±cych mego Adwersarza. P. Salwowski uskar¿a siê, ¿e go „poni¿am i o¶mieszam”, wspominaj±c o jego pogl±dach na temat damskich dekoltów i tañców mêsko-damskich. Có¿, muszê przyznaæ, ¿e zanim napisa³em polemikê z jego wynurzeniami odno¶nie do Maurrasa i AF, zajrza³em na jego stronê internetow±, aby wyrobiæ sobie pogl±d, z kim mam do czynienia. Zreszt± jeden tekst na owe tematy zna³em ju¿ z „Pro Fide Rege et Lege” i mogê wyznaæ równie¿, ¿e odradza³em ówczesnemu redaktorowi, dr. Górskiemu, jego drukowanie. Lektury te pozwalaj± mi z czystym sumieniem twierdziæ, ¿e choæbym siê nie wiem jak stara³, to nie dorówna³bym p. Salwowskiemu w „o¶mieszaniu” go, bo czyni to sam znacznie lepiej, a mój ¿art, i¿ jest on „drêczony zjawami lubie¿nego sukuba”, znajduje wielokrotne potwierdzenie w p³odach jego publicystyki. Jego obsesja na punkcie kobiecej cielesno¶ci jest zwierciadlanym odbiciem owego przys³owiowego górala, któremu wszystko kojarzy siê z „d...± Maryni” – tyle ¿e w drug± stronê, bo z nieskrywanym strachem i odraz±.
Nie przyjmujê te¿ pretensji o nieuwzglêdnianie spo³ecznego statusu mego polemisty, który skar¿y siê na niemo¿liwo¶æ obrony swych przekonañ na szerszym forum publicznym. Dyskutujemy przecie¿ w elitarnym, niskonak³adowym periodyku, wiêc szanse mamy równe. A w Internecie p. Salwowski te¿, jak widaæ, upowszechnia bez przeszkód swoje przemy¶lenia i, o ile mog³em siê zorientowaæ, s± one dyskutowane na ró¿nych forach.
Po trzecie wreszcie, p. Salwowskiego oburza zarzucanie mu przeze mnie, jak twierdzi, „herezji” lub „sk³onno¶ci heretyckich”. Nie jest wprawdzie tego do koñca pewien, albowiem nie mo¿e siê zdecydowaæ czy robiê to wprost czy aluzyjnie, lecz nie przeszkadza mu to w domaganiu siê ode mnie przedstawienia stosownego orzeczenia w³adz ko¶cielnych lub dowiedzenia mu sprzeczno¶ci jego pogl±dów z niezmiennym nauczaniem Ko¶cio³a. Odgra¿a siê te¿, ¿e w przeciwnym wypadku bêdzie uwa¿a³ moje „insynuacje” za zbli¿one jako¶ciowo (Bo¿e, có¿ to za jêzyk!) do pustego pomówienia albo nawet i oszczerstwa.
I po có¿ tyle nadêtego pustos³owia, które jest jak mied¼ brzêcz±ca albo cymba³ brzmi±cy! Po co siê tak ciskaæ, panie Salwowski! ¯adnej „herezji” ani nawet „sk³onno¶ci heretyckich” nigdy Panu nie zarzuca³em. Pozwoli³em sobie jedynie zauwa¿yæ, ¿e podobni mu charakterem obsesjonaci cielesnej czysto¶ci (i tropiciele herezji w³a¶nie) niekiedy koñczyli jako heretycy. To obserwacja psychologiczna, a nie teologiczna. W mojej ocenie wizerunek psychologiczny – a nie sama tre¶æ ich przekonañ – osób tego rodzaju odpowiada do¶æ dok³adnie, i pomimo wstrêtu do kobiecej cielesno¶ci, temu typowi, który w³a¶nie Maurras opisywa³ jako romantyczne kobiety egza¿erowane („sk³onne do przesady”, „pobudzone” w wolnym t³umaczeniu). Dlatego na koniec udzielê memu adwersarzowi bezinteresownej porady: „nie egza¿eruj siê tak, droga Udrêko Zbawienna, bo to na cerê szkodzi!”.
1 Dla jasno¶ci: przez „ruch wewn±trzkatolicki” rozumiem tu nie stowarzyszenie zainicjowane bezpo¶rednio przez Ko¶ció³ i dzia³aj±ce na prawie kanonicznym, lecz autonomiczn± organizacjê ¶wieck±, która: a) deklaruje swój prokatolicki charakter; b) zale¿y jej na aprobacie Ko¶cio³a; c) jest gotowa podporz±dkowaæ siê orzeczeniom w³adzy ko¶cielnej, wskazuj±cym pope³nione przez ni± ewentualnie b³êdy natury doktrynalnej. Wszystkie te trzy warunki AF spe³nia³a.
Jacek Bartyzel